Stało się to, czego się obawiałam. Zero sprawiedliwości na tym świecie. ZERO.
Opiekowałam się NIM caluteńką zimę. Dokarmiałam owocami, warzywami (na miarę dość ograniczonych przez zimę możliwości) i witaminami. Dbałam, żeby było MU ciepło - przykrywałam kocem w zimne wieczory, doganiałam rano z zapomnianym szalikiem. Podawałam gorącą herbatę (z sokiem malinowym) lub mleko (z miodem) - w zależności od potrzeb lub zachcianek, na dobre i na złe, w zdrowiu i w chorobie. Cierpliwie znosiłam huśtawki nastrojów, starałam się odwrócić uwagę zabawiając (w moim mniemaniu wymagającą) rozmową. W chwilach zwątpienia powtarzałam (sobie przez zaciśnięte zęby) "byle do wiosny", kiedy to miało nastąpić wielkie złośliwie-wiosenne przebudzenie...
Przyszła ta upragniona, (całą zimę) wyczekiwana wiosna i co widzę? Cały hodowany z tak wielką uwagą i otoczony tak troskliwą opieką JAD przepadł. Wszystkie szklanki do połowy pełne, the world is my oyster, a i przez okulary jakoś tak dziwnie widać. No tak - na różowo... ;o